„Kocham Cię” - więc kontroluję.
„Martwię się o Ciebie” - więc nie pozwalam Ci decydować.
„Chcę dla Ciebie dobrze” - więc nie pozwalam Ci dorosnąć.
Brzmi brutalnie? Czasem właśnie tak wygląda miłość, która bardziej koi lęk rodzica niż wspiera rozwój dziecka.
W pracy terapeutycznej bardzo często spotykam dorosłych ludzi, którzy formalnie mają 30, 40 czy 50 lat, ale emocjonalnie nadal żyją pod niewidzialnym nadzorem matki, ojca lub całego systemu rodzinnego. Nie dlatego, że są słabi. Dlatego, że od początku uczono ich, iż bezpieczeństwo jest ważniejsze niż autonomia.
Już Donald Winnicott pisał, że rozwój psychiczny dziecka zaczyna się tam, gdzie pojawia się wystarczająco dobra relacja pozwalająca ego dojrzewać. Dziecko potrzebuje opieki. To oczywiste. Problem zaczyna się wtedy, gdy opieka nie ewoluuje wraz z rozwojem dziecka i zamiast wsparcia staje się psychicznym zatrzymaniem.
„Nie rób, bo sobie nie poradzisz.”
„Ja wiem lepiej.”
„Beze mnie zginiesz.”
„Po co Ci wyprowadzka?”
„Po co Ci własne zdanie?”
„Po co Ci granice?”
I nagle okazuje się, że pod słowem „miłość” ukrywa się lęk przed utratą kontroli.
Psychodynamika zna to zjawisko bardzo dobrze. Nadmiernie kontrolujący rodzic często nieświadomie traktuje dziecko jak przedłużenie własnego self. Nie widzi oddzielnej osoby, tylko część siebie, którą trzeba utrzymać blisko, zależnie i pod wpływem. W takich relacjach separacja dziecka bywa przeżywana niemal jak zdrada albo porzucenie.
To dlatego niektóre matki „chorują”, gdy córka zaczyna żyć po swojemu.
To dlatego niektórzy ojcowie dewaluują partnerów swoich dzieci.
To dlatego dorosłe dzieci czują gigantyczne poczucie winy, kiedy zaczynają mówić „nie”.
Na zewnątrz taka rodzina może wyglądać „blisko”. W środku często jest tam jednak ogromne pomieszanie granic.
Dziecko uczy się wtedy:
– że miłość oznacza rezygnację z siebie,
– że autonomię trzeba okupić winą,
– że potrzeby innych są ważniejsze niż własne,
– że spokój rodzica jest jego odpowiedzialnością.
A potem ten sam mechanizm wchodzi w związki partnerskie. Człowiek nie szuka już bliskości. Szuka znanego napięcia. Kontroli. Ratowania. Zlewania się z drugim człowiekiem.
Dlatego tak wiele osób mówi:
„Nie wiem, kim jestem.”
„Nie czuję siebie.”
„Nie umiem podejmować decyzji.”
„Czuję lęk, kiedy ktoś się ode mnie oddala.”
„Mam poczucie, że bez relacji nie istnieję.”
To nie jest fanaberia. To często efekt bardzo wczesnych doświadczeń psychicznych.
Zdrowa miłość nie zatrzymuje rozwoju.
Zdrowa miłość wytrzymuje odrębność.
Zdrowa miłość nie potrzebuje kontroli, żeby czuć więź.
Paradoksalnie właśnie wtedy, gdy rodzic pozwala dziecku stać się sobą, powstaje szansa na prawdziwą relację zamiast emocjonalnego uzależnienia.
I nie chodzi tutaj o obwinianie rodziców. Wielu z nich samo wychowało się w lęku, emocjonalnym chłodzie albo chaosie. Kontrola bardzo często jest rozpaczliwą próbą utrzymania więzi i poradzenia sobie z własnym poczuciem pustki czy odrzucenia.
Ale dobre intencje nie zawsze tworzą zdrowe skutki.
Dorosłość zaczyna się tam, gdzie człowiek może powiedzieć:
„Kocham Cię, ale nie oddam Ci swojego życia.”
„Mogę być blisko i jednocześnie pozostać sobą.”
„Nie muszę niszczyć siebie, żeby ktoś czuł się spokojny.”
Jeśli widzisz u siebie trudność w stawianiu granic, lęk przed odrzuceniem, nadmierne poczucie odpowiedzialności za emocje innych albo wchodzenie w relacje oparte na kontroli i napięciu - to nie oznacza, że „coś z Tobą jest nie tak”. Bardzo możliwe, że Twój system psychiczny po prostu nauczył się przetrwania kosztem własnej autonomii.
Praca terapeutyczna pozwala stopniowo odzyskiwać kontakt ze sobą, budować zdrowe ego, uczyć się relacji bez lęku i odróżniać miłość od emocjonalnego zawłaszczenia.
Jeśli czujesz, że ten temat dotyka także Ciebie - zapraszam do kontaktu.
Pracuję online i stacjonarnie z rodzinami, które chcą lepiej rozumieć swoje relacje, odzyskać siebie i budować bliskość bez utraty własnej tożsamości.
„Martwię się o Ciebie” - więc nie pozwalam Ci decydować.
„Chcę dla Ciebie dobrze” - więc nie pozwalam Ci dorosnąć.
Brzmi brutalnie? Czasem właśnie tak wygląda miłość, która bardziej koi lęk rodzica niż wspiera rozwój dziecka.
W pracy terapeutycznej bardzo często spotykam dorosłych ludzi, którzy formalnie mają 30, 40 czy 50 lat, ale emocjonalnie nadal żyją pod niewidzialnym nadzorem matki, ojca lub całego systemu rodzinnego. Nie dlatego, że są słabi. Dlatego, że od początku uczono ich, iż bezpieczeństwo jest ważniejsze niż autonomia.
Już Donald Winnicott pisał, że rozwój psychiczny dziecka zaczyna się tam, gdzie pojawia się wystarczająco dobra relacja pozwalająca ego dojrzewać. Dziecko potrzebuje opieki. To oczywiste. Problem zaczyna się wtedy, gdy opieka nie ewoluuje wraz z rozwojem dziecka i zamiast wsparcia staje się psychicznym zatrzymaniem.
„Nie rób, bo sobie nie poradzisz.”
„Ja wiem lepiej.”
„Beze mnie zginiesz.”
„Po co Ci wyprowadzka?”
„Po co Ci własne zdanie?”
„Po co Ci granice?”
I nagle okazuje się, że pod słowem „miłość” ukrywa się lęk przed utratą kontroli.
Psychodynamika zna to zjawisko bardzo dobrze. Nadmiernie kontrolujący rodzic często nieświadomie traktuje dziecko jak przedłużenie własnego self. Nie widzi oddzielnej osoby, tylko część siebie, którą trzeba utrzymać blisko, zależnie i pod wpływem. W takich relacjach separacja dziecka bywa przeżywana niemal jak zdrada albo porzucenie.
To dlatego niektóre matki „chorują”, gdy córka zaczyna żyć po swojemu.
To dlatego niektórzy ojcowie dewaluują partnerów swoich dzieci.
To dlatego dorosłe dzieci czują gigantyczne poczucie winy, kiedy zaczynają mówić „nie”.
Na zewnątrz taka rodzina może wyglądać „blisko”. W środku często jest tam jednak ogromne pomieszanie granic.
Dziecko uczy się wtedy:
– że miłość oznacza rezygnację z siebie,
– że autonomię trzeba okupić winą,
– że potrzeby innych są ważniejsze niż własne,
– że spokój rodzica jest jego odpowiedzialnością.
A potem ten sam mechanizm wchodzi w związki partnerskie. Człowiek nie szuka już bliskości. Szuka znanego napięcia. Kontroli. Ratowania. Zlewania się z drugim człowiekiem.
Dlatego tak wiele osób mówi:
„Nie wiem, kim jestem.”
„Nie czuję siebie.”
„Nie umiem podejmować decyzji.”
„Czuję lęk, kiedy ktoś się ode mnie oddala.”
„Mam poczucie, że bez relacji nie istnieję.”
To nie jest fanaberia. To często efekt bardzo wczesnych doświadczeń psychicznych.
Zdrowa miłość nie zatrzymuje rozwoju.
Zdrowa miłość wytrzymuje odrębność.
Zdrowa miłość nie potrzebuje kontroli, żeby czuć więź.
Paradoksalnie właśnie wtedy, gdy rodzic pozwala dziecku stać się sobą, powstaje szansa na prawdziwą relację zamiast emocjonalnego uzależnienia.
I nie chodzi tutaj o obwinianie rodziców. Wielu z nich samo wychowało się w lęku, emocjonalnym chłodzie albo chaosie. Kontrola bardzo często jest rozpaczliwą próbą utrzymania więzi i poradzenia sobie z własnym poczuciem pustki czy odrzucenia.
Ale dobre intencje nie zawsze tworzą zdrowe skutki.
Dorosłość zaczyna się tam, gdzie człowiek może powiedzieć:
„Kocham Cię, ale nie oddam Ci swojego życia.”
„Mogę być blisko i jednocześnie pozostać sobą.”
„Nie muszę niszczyć siebie, żeby ktoś czuł się spokojny.”
Jeśli widzisz u siebie trudność w stawianiu granic, lęk przed odrzuceniem, nadmierne poczucie odpowiedzialności za emocje innych albo wchodzenie w relacje oparte na kontroli i napięciu - to nie oznacza, że „coś z Tobą jest nie tak”. Bardzo możliwe, że Twój system psychiczny po prostu nauczył się przetrwania kosztem własnej autonomii.
Praca terapeutyczna pozwala stopniowo odzyskiwać kontakt ze sobą, budować zdrowe ego, uczyć się relacji bez lęku i odróżniać miłość od emocjonalnego zawłaszczenia.
Jeśli czujesz, że ten temat dotyka także Ciebie - zapraszam do kontaktu.
Pracuję online i stacjonarnie z rodzinami, które chcą lepiej rozumieć swoje relacje, odzyskać siebie i budować bliskość bez utraty własnej tożsamości.