c

"Masz to po mnie" - o etykietkach w rodzinie

Opublikowano: 10.09.2026

"masz to po mnie" - etykietowanie dzieci
„Masz to po mnie”.
„On jest taki jak ja”.
„Ona jest cała po mojej siostrze”.
„Ja w jego wieku miałem dokładnie to samo”.
Takie zdania padają w rodzinach bardzo często. Czasem z czułością, czasem ze śmiechem, czasem z irytacją.
I oczywiście dzieci bywają podobne do swoich rodziców. Dziedziczymy temperament, pewne predyspozycje, sposób reagowania. W rodzinach powtarzają się również zachowania, przekonania i strategie radzenia sobie.
Samo zauważenie podobieństwa nie jest problemem.
Problem zaczyna się chwilę później.
Kiedy z:
„widzę w tobie coś podobnego do mnie”
robi się:
„wiem, jaki jesteś”.
A skoro wiem, jaki jesteś, zaczynam również wiedzieć, dlaczego tak się zachowujesz.
„On zawsze taki był”.
„Ona jest po prostu roztargniona”.
„Taki już charakter”.
„Ma ADHD, więc wiadomo”.
„Ja byłem identyczny”.
I właściwie nie ma już o co pytać.

To właśnie ten moment interesuje mnie najbardziej.
Bo kiedy uznajemy, że już wiemy - przestajemy poznawać.

W psychologii mówimy o mentalizacji: zdolności do dostrzegania, że za zachowaniem drugiego człowieka mogą stać jego własne emocje, potrzeby, myśli, intencje i doświadczenia.
Jedną z podstaw tej postawy jest świadomość rzeczy pozornie banalnej:
nie mam bezpośredniego dostępu do cudzej głowy.
Nawet jeśli to moje dziecko.
Nawet jeśli znam je od dnia narodzin.
Nawet jeśli ma mój temperament, podobnie reaguje i ma tę samą diagnozę.
Nawet jeśli jego zachowanie przypomina mi dokładnie to, co sam robiłem trzydzieści lat temu.
Mogę mieć hipotezę.
Nie mam pewności.
A różnica między hipotezą a pewnością jest ogromna.
„Wiem, dlaczego tak robisz” zamyka możliwość poznawania.

Ciekawość zostawia miejsce na to, że moja pierwsza interpretacja może być nietrafiona.

I nie chodzi o to, żeby natychmiast zapytać dziecko:

„Dlaczego tak zrobiłeś?”
„Co się z tobą dzieje?”

Ono naprawdę może tego nie wiedzieć.
Dziecko dopiero uczy się rozpoznawać swoje emocje, nazywać je, łączyć z tym, co dzieje się w jego ciele, myślach i zachowaniu. Czasem najpierw potrzebuje dorosłego, który pomoże mu te emocje pomieścić, nie dopisując od razu ich znaczenia.
Bo nasze własne doświadczenie może być pomocą w rozumieniu dziecka.
Nie może być dowodem na to, co dzieje się w nim.
I jest jeszcze coś.
Dziecko dopiero buduje odpowiedź na pytanie:
„Kim jestem?”.
Nie buduje jej w próżni.
Ogląda siebie także w oczach najbliższych ludzi. Słyszy, jak o nim mówią. Jakie historie o nim powtarzają. Co uznają za „typowe dla niego”. Z czego żartują. Co krytykują. Co tłumaczą jego charakterem, rodziną albo diagnozą.
„On się szybko poddaje - ma to po mnie”.
„Ona nie ma orientacji w terenie. Cała matka”.
„U nas wszyscy jesteśmy nerwowi”.
„Jesteś dokładnie taki jak dziadek”.

Powtarzana opowieść może z czasem przestać być tylko opowieścią rodzica.
Może stać się opowieścią dziecka o sobie.
„Ja już taki jestem”.
I to zdanie powinno czasem zapalić nam małą lampkę ostrzegawczą.
Bo zachowanie właśnie zaczęło stawać się tożsamością.
Nie:
„trudno mi teraz się skoncentrować”.
Tylko:
„jestem roztrzepany”.
Nie:
„zgubiłam drogę”.
Tylko:
„nie mam orientacji”.
Nie:
„bardzo się zdenerwowałem”.
Tylko:
„jestem nerwowy, mam to po tacie”.
Nie:
„w tej sytuacji trudno mi było zapanować nad impulsem”.
Tylko:
„mam ADHD, już taki jestem”.
Diagnoza może pomóc dziecku zrozumieć własne funkcjonowanie. Nie powinna stawać się definicją całego człowieka ani gotowym wyjaśnieniem każdego jego zachowania.
To subtelna różnica językowa.
Psychologicznie - ogromna.

Bo człowiek jest zawsze większy niż jego najbardziej charakterystyczna cecha.

Większy niż ADHD.
Większy niż nieśmiałość.
Większy niż impulsywność.
Większy niż trudność.
Większy niż rodzinne podobieństwo.
Większy niż afazja.

Ostatnio usłyszałam o młodej dziewczynie, która nie potrafiła trafić w miejsce, w którym wcześniej raz już była.
„No tak. Cała ona”.

Pomyślałam wtedy:
naprawdę cała?

Bo ta sama dziewczyna świetnie radzi sobie z matematyką, myśli nieszablonowo, rysuje i tworzy rzeczy, których inni członkowie rodziny nie potrafią zrobić.
Dlaczego więc właśnie trudność z orientacją w terenie ma reprezentować „całą ją”?
Rodzinne definicje człowieka bywają bardzo wybiórcze.
Szczególnie łatwo utrwalają się cechy, które są kłopotliwe, drażniące, odstają od naszych oczekiwań albo po prostu są dla nas bardzo widoczne.
A kiedy już powstanie definicja, zaczynamy dostrzegać kolejne jej potwierdzenia.
„No właśnie”.
„Wiedziałam”.
„Cały on”.
„Mówiłem, że taki jest”.
I koło się zamyka.
Zamiast poznawać człowieka, coraz lepiej poznajemy własną opowieść o nim.
Dlatego w pracy z rodzicami często wracam do prostej „apteczki BHP” (bezpieczeństwo i higiena psychologiczna ;):
uznać emocje,
odczekać,
zaciekawić się.
To ostatnie jest dla mnie szczególnie ważne.
Zaciekawić się, czyli nie wiedzieć za szybko.
Obserwować.
Pytać wtedy, kiedy pytanie może pomóc, a nie przesłuchiwać.
Stawiać hipotezy i być gotowym je porzucić.
Zauważać kontekst.
Sprawdzać, czy podobne zachowanie zawsze pojawia się w podobnych sytuacjach.
I przede wszystkim zostawiać możliwość, że dziecko przeżywa coś zupełnie inaczej, niż przeżywałbym ja na jego miejscu.
Czasem można zapytać:
„Jak ty to widzisz?”
„Co było wtedy dla ciebie trudne?”
„Co najbardziej pamiętasz z tej sytuacji?”
„Co mogłoby ci teraz pomóc?”

A czasem nie trzeba pytać wcale.
Można pobyć, obserwować i poczekać, aż emocje opadną.
Ciekawość nie polega przecież na wydobyciu z dziecka odpowiedzi.
Polega również na gotowości rodzica do tego, że odpowiedź może być inna, niż się spodziewał.

„Masz to po mnie” może być początkiem ciekawej obserwacji.
Nie powinno być jej końcem.
Bo podobieństwo nie odbiera odrębności.
Moje dziecko może mieć mój temperament i inaczej przeżywać świat.
Może mieć podobne trudności i potrzebować czegoś zupełnie innego, niż potrzebowałem ja.
Może przypominać babcię, ojca czy siostrę - i nadal nie być żadną z tych osób.
Jest sobą.
I dopiero się sobą staje.

Dziecko w rodzinie uczy się bowiem nie tylko:
„jaki jestem”.

Uczy się również:
„jakim wolno mi być, żeby nadal tutaj należeć”.

Dlatego warto czasem zatrzymać się przy własnym:
„znam go”.
Bo „znam swoje dziecko” nie oznacza:
„wiem już, kim ono jest”.

Dziecko dopiero się staje.
A my, dorośli, mamy ogromny wpływ na to, czy będzie mogło siebie odkrywać, czy zacznie siebie rozpoznawać przede wszystkim w określeniach, które dostało od nas.
„Jesteś taki jak ja”.
„Masz to po ojcu”.
„Cała babcia”.
„Ty zawsze…”
„Ty po prostu jesteś taki…”
Być może więc przeciwieństwem szufladkowania nie jest pozytywne etykietowanie.

Jest nim ciekawość.

Gotowość, żeby zamiast kończyć zdaniem:
„Wiem, jaki jesteś”,

pozostać przy pytaniu:
„Ciekawe, jaki jesteś”.

I pozwolić dziecku mieć własną odpowiedź.
Czasem w rodzinie trudno już zobaczyć, co jest przyczyną, a co reakcją. Kto zaczął, kto „zawsze taki jest” i dlaczego mimo najlepszych intencji wciąż wracamy do tych samych konfliktów.
Jeśli pogubiliście się w rozumieniu siebie nawzajem, pomagam rodzinom zatrzymać się przy tym, co dzieje się między nimi, przyjrzeć się utrwalonym sposobom reagowania i stawiać nowe hipotezy tam, gdzie dotychczas były już tylko pewniki.
Bo czasem zmiana zaczyna się właśnie od zaciekawienia:
„A może to, co o sobie wiemy, nie jest jeszcze całą historią?”

Zapraszam na konsultacje i terapię rodzinną.
Magdalena Sztanga
Instagram logo Facebook logo YouTube logo Naffy logo